Śnieg w USA :
Kategorie: Wszystkie | Blogowanie z komóry
RSS
piątek, 16 maja 2008
Wyladowalismy w Salt Lake City
Bierzemy fure, znajdujemy hotel i w kime :)
sobota, 12 kwietnia 2008
Wypuścili nas do domu
Pola na razie kima. We własnej chacie :) Prawie wszyscy w ogóle śpią, Gośka i Paulina zmęczone po lprawie nieprzespanej nocy, Kuba też, tylko mama piecze kurczaki i gotuje zupy a ja bloguję...
Jeszcze tylko test sluchu i nas wypuszczaja
...okazuje sie, ze Goska sobie dobrze radzi (dobrze sie goi) i Poli zoltaczka (jaundice a nie hepatitis, ta dziecieca zoltaczka), normalna u noworodkow, juz znika. Dzisiaj do domu!
piątek, 11 kwietnia 2008
Pola Felendzer
Dziekujemy (thank you) wszystkim za komentarze (comments), chociaz to pod wpisem z monte carlo (schrott) a nie z wpisem o naszej Poli. Mloda jest kserem Kuby, tylko zdrowsza (healthy) na starcie, dostalismy ja prawie od razu a nie po kilku godzinach pod tlenem, jak to bylo u Kuby. On oczywiscie nie kuma koncepcji "siostra" ("sister"), mimo, ze mu babcia (oma) pokazywala Pole w komputrze na przyklad na kyte.tv/felendzer (click). Jest dosc dobrze (good), Goske niestety boli, ale bedzie lepiej (better). Mloda spi, uczy sie ssac i nawet otwiera oczy. Miala 3100 z groszami i 51cm, wiec dziewcze jest mniej masywne od brata (brother, who weighted in at over 4500 and stood 57cm). Pozdrawiamy i czujemy sie zdrowi. Musi gdzies tam, zyczliwi ludzie pija (drink) za nasze zdrowie :) To na zdrowie :)

ps. Wszystkie foty są na http://flickr.com/photos/felendzer a filmiki na http://kyte.tv/felendzer
wtorek, 04 marca 2008
Mega-skucha
Dzisiejszy dzien kandyduje do nagrody najgorszego w moim zyciu, ostatnio cos czesto sie takie kandydatury pojawiaja... Polecialem do Orlando, sluzbowo, w poniedzialek po szkole o 10.40 wsiadlem w samolot i wyladowalem w Orlandzie o polnocy. Wychodze z lotniska szukajac drogowskazu do wypozyczalni samochodow, ale drogowskazu brak. Objuczony bambetlami jak Rusek na Warszawie Wschodniej wloke sie z powrotem, bo stoisko wypozyczalni jest w srodku. Nie ma przy nim nikogo, ale jest automat. Automat skwapliwie przyjmuje karte kredytowa, ale kodu kreskowego na prawku nie chce czytac. Wiec ja, objuczony bambetlami, wklepuje adres, urodziny, imie ojca, nazwisko panienskie matki, numer buta, numer komorki siostry, kolor oczu zony i krotki esej na temat "Dlaczego byl Hitler?". Automat wypluwa rachunek a ja ide szukac samochodu. Ale alejki z klasa "economy" po prostu nie ma! Wiec siadam do kompakta, podjezdzam pod "check-out" i przez 5 minut, miotajac sie w tym kompakcie (pontiac G5) szukam prawka, ktore zagubilo sie w portfelu... Wreszcie, okolo 1szej w nocy udaje mi sie ruszyc w droge do hotelu (Grand Floridian), ktory znajduje zgubiwszy sie ze dwa razy w krainie Disneja. Loguje sie w pokoju i odkrywam, ze nie wzialem z domu ani szczotki ani pasty do zebow. Potem to juz z gorki. Poranna prezentacja z udzialem mojego szefa i szefowej mojego szefa kompletnie sie nie udala, skucha kompletna, porazka i ogolnie "service unavailable". A zeby nie zmarnowac tak pieknie rozpoczetego dnia, pogoda w Atlancie tez ma swoje do powiedzenia : obecnie jest tam "tornado warning". Praktyczne konsekwencje sa takie, ze jak nas usadzili w samolocie to po 20 minutach nas z powrotem z niego wypuscili i powiedzieli "opoznienie 3 godziny". Wiec siedze w barze, objuczony tobolami jak Rusek na Wschodniej i kciuki mnie bola od wklepywania tego tekstu na "komurce". Koniec.
 
1 , 2